
– Wywierał na mnie zły wpływ… – powtórzyła z goryczą. – Oczywiście. Dlatego że nauczył mnie, by nie wierzyć ślepo w dogmaty, demaskować kłamstwa, nienawidzić ignorancji i brzydzić się hipokryzją. W rezultacie nie nadaję się do życia w cywilizowanym społeczeństwie.
Ojciec, matka i Elizabeth zaczęli mówić niemal jednocześnie, po czym umilkli, ponieważ nie sposób było zrozumieć żadnego z nich. W ciszy, która zapadła, ostro i wyraźnie zabrzmiały słowa Percy'ego:
– Wracając do Żydów… W jednej z tych starych walizek ze Stamford, które leżą w piwnicy, znalazłem dość dziwną fotografię. – W Stamford, w stanie Connecticut, mieszkała rodzina matki. Percy wyjął z kieszeni na piersi wymięte, zblakłe zdjęcie. – Zdaje się, że miałem praprababkę, która nazywała się Ruth Glencarry, prawda?
– Owszem – potwierdziła matka. – To mama mojej mamy. Dlaczego pytasz, kochanie? Co tam znalazłeś?
Percy podał fotografię ojcu. Wszyscy zgromadzili się wokół niego, aby na nią spojrzeć. Przedstawiała uliczną scenkę z jakiegoś amerykańskiego miasta, prawdopodobnie Nowego Jorku, sprzed mniej więcej siedemdziesięciu lat. Na pierwszym planie znajdował się około trzydziestoletni Żyd z czarną brodą, ubrany w prosty roboczy strój i w kapeluszu na głowie. Stał obok wózka z zainstalowanym kołem szlifierskim, na wózku zaś wisiała tabliczka z wyraźnym napisem: Reuben Fishbein – Szlifierz”. Obok mężczyzny stała dziesięcioletnia dziewczynka w lichej bawełnianej sukience i ciężkich buciorach.
– Co to ma być, Percy? – zapytał ojciec. – Kim są ci odrażający ludzie?
– Spójrz na odwrotną stronę.
Ojciec odwrócił zdjęcie. Z tyłu fotografii znajdował się podpis: „Ruthie Glencarry, z domu Fishbein, lat 10”.
Margaret spojrzała na ojca. Był wstrząśnięty.
– To ciekawe, że dziadek mamy ożenił się z córką żydowskiego szlifierza, ale podobno w Ameryce często zdarzają się takie rzeczy – zauważył Percy.
